W ostatnią wrześniową sobotę w Sanktuarium Miłosierdzia Bożego Archidiecezji Warszawskiej w Ożarowie Mazowieckim, gdzie można podziwiać jedne z największych w Europie witraże, Wspólnoty Ruchu Rodzin Nazaretańskich z całej Polski przeżyły inaugurację nowego roku formacyjnego. Tematyka tego Dnia nawiązywała do trwającego Roku Jubileuszowego, tym bardziej, że kościół, w którym odbywało się Spotkanie jest jednym z kościołów jubileuszowych. Uczestnicy Dnia Skupienia mogli usłyszeć wiele ważnych i cennych słów o nadziei. Padły one także, a może przede wszystkim, podczas homilii JE. Księdza Arcybiskupa Adriana Galbasa SAC. Niech te właśnie słowa poprowadzą nas dziś w kolejnej części rozważań „cyklu jubileuszowego”. Szczególnie zainteresowanych zachęcamy do wysłuchania całej homilii na stronie:
www.rrn.info.pl
Czym jest i skąd pochodzi nadzieja? Dzisiejszy świat bardzo często myli ją z optymizmem, czyli z „dobrodusznym” powierzchownym przekonaniem, że „jakoś to będzie”. W Biblii ani razu nie pada słowo „optymizm”, ale bardzo często pojawia się słowo „nadzieja”. Optymista to człowiek, który mając słynną szklankę wypełnioną do połowy, widzi jej dolną część i mówi: „Dobrze, że tak jest”. Oczywiście to lepsze niż postawa pesymisty, który patrzy na tę szklankę, widząc tylko jej górną, czyli pustą część i mówi: „Wszystko jest na nic, wszystko jest do niczego. Tylko połowa szklanki jest pełna,
a pewnie za chwilę i tu będzie jeszcze mniej. Sprawy idą w złą stronę, jest coraz gorzej – w świecie, w Kościele,
w rodzinie, we wspólnocie”. Z tych dwóch postaw lepszy jest optymizm, ale też niewystarczający. Człowiek nadziei to ten, który widzi „całą szklankę”. Widzi rzeczywistość taką, jaką ona jest, jaką ona się nam pokazuje. Widzi to, co w niej pełne i to, co puste. To, co jest dobre i to, co jest słabe. To, co daje jakąś siłę i to, co ją odbiera. Jest też głęboko
w sercu przekonany, że życie ma sens. W kimś takim można dostrzec podobieństwo do rolnika, który wrzucił w ziemię ziarno i w tej chwili niczego nie ma. Nie ma ani ziarna, ani plonów, ale ma przekonanie, że plon w swoim czasie się pojawi.
Nadzieja jest bardzo rozsądna – wbrew powiedzeniu, że to „matka głupich”. W rzeczywistości nadzieja jest matką bardzo mądrych, spokrewniona z wiarą i z miłością. Papież Benedykt powiedział kiedyś: „Nadzieja to wiara, że jeszcze spotka mnie miłość”. Właśnie stąd ona pochodzi – z przekonania osobistego lub kogoś, że można być uratowanym z największego nieszczęścia. Nadzieja chrześcijańska płynie z Ewangelii, z Dobrej Nowiny o Chrystusie, który pokonał śmierć i powiedział: „Ja żyję i wy żyć będziecie. Jam zwyciężył świat”. To „opowieść o Ratowniku, który sam się uratował i który może uratować każdą i każdego z nas”.
W jaki sposób taką nadzieję w sobie wykształcać?
Po pierwsze: o to się modlić. Skoro nadzieja jest darem, cnotą, to trzeba się o nią modlić, tak jak się modlimy o wiarę. Warto znaleźć taką modlitwę, która będzie przemawiać szczególnie do mojego własnego serca. Jednym z przykładów może być siódma stacja Drogi Krzyżowej – ulubiona Ks. Abp. Adriana. Ta stacja jest w środku, daleko od początku
i daleko do końca. Chrystus, który w środku Męki ma siłę, by wstać i iść dalej. Najpiękniejsza zaś modlitwa o nadzieję
to Msza święta. W czasie każdej Eucharystii Chrystus jest z nami tak, że bardziej na ziemi się nie da, a Jego obecność „zawieść nie może”.
Aby kształtować w sobie postawę nadziei, dobrze jest także otaczać się ludźmi, którzy ciągną nas w górę i dają nadzieję. Znamy przecież przysłowie: „Kto z kim przestaje, takim się staje”. Warto też zwracać uwagę na to, co się czyta, ogląda, czego słucha – czy w ten sposób buduje się we mnie nadzieja.
Ważne jest także nastawienie do życia: Czy widzę dziury w całym, czy raczej widzę całość, która ma dziury? Budująca postawa to taka, kiedy „widzę całość, która owszem nie jest doskonała, nie jest doskonałe moje życie, nie jest doskonała rzeczywistość Kościoła, wspólnot. Ale cieszę się tym, że jest. To jest wartość. A nie przeciwnie – koncentruję się na brakach, słabościach, grzechach, upadkach. I myślę sobie, a nawet tak mówię: To wszystko jest do niczego”.
Dobry przykład stanowi tu opowieść o człowieku, który zobaczył trzech budowlańców przy pracy i zapytał pierwszego: „Co ty robisz?”. Odpowiedź brzmiała: „Kładę te głupie cegły i nie wiem, kiedy to się skończy”. Zapytał drugiego: „Co ty robisz?” – „Pracuję, żeby utrzymać siebie i moją rodzinę”. „Co ty robisz” – padło pytanie do trzeciego. „Wznoszę katedrę. To jest duma mojego życia”. Ta sama rzeczywistość, ta sama budowa, te same cegły, tylko trzy różne spojrzenia i trzy różne nastawienia. Od tego bardzo dużo zależy – jak patrzę, jak interpretuję świat i siebie.
Ostatnim aspektem, na który zwrócił uwagę w homilii Abp Galbas, jest wyjątkowy wymiar nadziei chrześcijańskiej, jaki stanowi nadzieja życia wiecznego. Klejnot chrześcijaństwa. Warto tu nawiązać do słów papieża Benedykta o tym, że „nasze małe codzienne, doczesne nadzieje byłyby pozbawione korzenia i fundamentu, gdyby nie było nadziei życia
wiecznego”. A wieczność zaczyna się już dziś. I jeśli nawet by się zdawało, że coś w naszym sercu, relacjach, wierze… zgasło i umarło, to istnieje takie Światło, które potrafi sprawić, że „witraże życia” rozbłysną na nowo – i to najwspanialszym blaskiem.
opr. Małgorzata Sar
za: www.rrn.info.pl